![ff0b66c0-96ae-5927-000a-691be1a3b8cb-kopia.jpg [d2e4146ed129]](https://media.gz.greengogroup.com/images/originals/01a0a971-048f-76a3-b8a8-1a9226fd159e.jpg?width=837&format=webp)
Pojedynek z przeszłości: Show Andrzeja Zgutczyńskiego
Na kilka godzin przed starciem ze Śląskiem warto przypomnieć jeden z historycznych meczów z tym rywalem. Dziś przenosimy się do roku 1986.
Zdobycia po trzynastu latach mistrzowskiego tytułu włodarze zabrzańskiego klubu nie zamierzali potraktować epizodycznie. Mając na uwadze fakt, że Legia, Widzew czy Lech w następnym sezonie zrobią wszystko aby Górnikowi odebrać tytuł, postanowiono wzmocnić zespół. Jan Urban - wielki talent z sosnowieckiego Zagłębia, jak podawały media, był już jedną nogą w Poznaniu, jednak argumenty zabrzan były mocniejsze i piłkarz od nowego sezonu miał zagrać w drużynie z Roosevelta. Z kolei transfer Andrzeja Iwana zaskoczył środowisko, ale okazało się, że trener Hubert Kostka doskonale wiedział kogo chce. Zespól musiał być mocny, mocniejszy niż przed sezonem, kiedy” trójkolorowi” dopiero rzutem na taśmę zapewnili sobie krajowy prymat.
Ekspresowy sezon
Rozpoczynający się nowy sezon 1985/86 miał przebiegać w ekspresowym tempie. "Winowajcami" takiego stanu rzeczy była reprezentacja, będąca na najlepszej drodze do awansu na meksykański mundial, który rozpoczynał się w czerwcu 1986 roku. Wobec tego rozgrywki należało zakończyć już w kwietniu, tak aby kadra mogła bez przeszkód przygotowywać się do mistrzostw. Rundę jesienną zagrano w takim tempie, które pozwoliło na rozegranie w listopadzie jeszcze trzech wiosennych kolejek. Trzymiesięczna przerwa zimowa miała naładować akumulatory przed skróconą rundą wiosenną, która już po trzech miesiącach miała wyłonić mistrza.
Sytuacja w tabeli przed 19 kolejką przewidzianą na dzień pierwszego marca był arcyciekawa. Prowadził Widzew z 27 punktami, wyprzedzając Legię (26) i Górnika (25). Czwarty był Lech z dorobkiem 24 punktów. Taki układ tabeli zapowiadał nie lada emocje. Dodatkowego smaczku dodawała rywalizacja zawodników, bo przecież wyjazd z reprezentacją na turniej był nie lada atrakcją.
Mroźny początek rundy
Pierwszym przeciwnikiem trójkolorowych po zimowej przerwie był wrocławski Śląsk, który z dorobkiem 19 punktów też spoglądał w górę tabeli. Piłkarze z Wrocławia mieli wówczas naprawdę niezły zespół, który w czwartej kolejce pokonał we Wrocławiu Górnika 2:1. Kibice w Zabrzu z niecierpliwością oczekiwali rewanżu. Pierwszy marca 1986 roku był zimny, kiedy piłkarze obu zespołów wybiegali na murawę, termometry wskazywały minus sześć stopni. To jednak w żaden sposób nie wystraszyło kibiców, którzy w sile ponad dziesięciu tysięcy stawili się na trybunach przy Roosevelta, oczekując porywającego widowiska. Trener Kostka posłał do boju najsilniejszą jedenastkę. Na widowni zasiadł oczywiście trener reprezentacji – Antoni Piechniczek, który nie mógł przecież opuścić spotkania, w którym miało zagrać dziesięciu kadrowiczów. Już od pierwszych minut spotkania zaznaczyła się wyraźna przewaga piłkarzy Górnika, którzy groźnie atakowali. W dwunastej minucie Andrzej Zgutczyński zdobył pierwszego gola. Uczynił to w stylu swojego wielkiego poprzednika i imiennika Andrzeja Szarmach, włożył głowę tam gdzie tylko zawodnicy z charakterem zaryzykują odważną szarżę i było 1:0. Jeszcze nie ostygły emocje po tym golu, kiedy w polu karnym został sfaulowany kolejny Andrzej - tym razem Pałasz, i sędzia Janusz Eksztajn z Warszawy podyktował rzut karny. Do piłki podbiegł Zgutczyński i po raz drugi zabrzańska publiczność uniosła ręce do góry w geście tryumfu. Zapowiadał się pogrom Śląska. W dziewiętnastej minucie Marek Kostrzewa w dość trudnej sytuacji zagrał piłkę Zgutczyńskiemu, a ten wymanewrował bramkarza Kirszę i zaliczył trzecie trafienie dla Górnika. Trzy gole w siedem minut. To był wyczyn! Ale pomimo trzybramkowej przewagi zabrzanie nie odpuszczali. Czwarta bramka wisiała na włosku. W trzydziestej piątej minucie bramkarz Śląska sfaulował szarżującego Gunię i sędzia po raz drugi w tym meczu wskazał na "wapno". Do piłki podszedł Zgutczyński, który jednak strzelił w identyczny sposób jak wcześniej i bramkarz zdołał sparować piłkę. Do końca pierwszej połowy wynik już nie uległ zmianie.
Snajper z przeszłością
Andrzej Zgutczyński... Kiedy przed sezonem 1983/84 trafił do Zabrza, został przyjęty entuzjastycznie. W gdyńskim Bałtyku, gdzie grał poprzednio, uchodził za groźnego i skutecznego napastnika. Jego transfer do Zabrza za niebagatelną kwotę dziesięciu milionów złotych (przeciętne wynagrodzenie wg GUS wynosiło w tym czasie ok. 15 tysięcy) wzbudzał emocje. Jednak w pierwszym sezonie gry napastnik zupełnie zatracił skuteczność. Zdobył tylko dwa gole (stoper Józef Dankowski uzyskał wówczas trzy trafienia). Następny sezon był już nieco lepszy, ale siedem bramek „Zgutka”, to nie był wynik na jaki liczyli działacze i kibice. Jednak trener Kostka w niego wierzył. Już następny sezon przyniósł całkowitą metamorfozę piłkarza. Stał się najlepszym napastnikiem zespołu, odzyskując w końcu skuteczność. To był bez wątpienia najlepszy sezon w jego karierze. Oprócz mistrzostwa z Górnikiem, zdobył 20 bramek i koronę króla strzelców. Dzięki temu pojechał z reprezentacją na meksykański mundial. Ciekawe, co w swojej książce "Spalony" mówi o Zgutczyńskim jego kolega z boiska Andrzej Iwan: "jako zawodnik Bałtyku niesamowicie mi sie podobał i (...) namawialiśmy działaczy, by spróbowali go ściągnąć do Krakowa. Wtedy się nie udało. Gdy zobaczyłem Andrzeja na treningu (w Zabrzu - przyp. M.D.) musiałem dojść do jedynego słusznego wniosku - nie umie grać w piłkę. Ta nieumiejętność (...) nie przeszkodziła mu wywalczyć tytułu króla strzelców (...), ponieważ, że tak sie wyrażę - strzelaliśmy całe worki bramek, wykorzystując w tym celu ciało "Zgutka". Musiała być w tym stwierdzeniu jakaś prawda, ponieważ po tym sezonie piłkarz został wytransferowany do francuskiego Auxerre, a tam juz bramek nie strzelał...
Za ślisko dla gości
Druga połowa nie zmieniła obrazu gry. Zabrzanie cały czas atakowali. Nie trudno było zauważyć, że piłkarze Śląska często się przewracali: czyżby niewłaściwie dobrali długość korków do dość twardej ze względu na warunki atmosferyczne nawierzchni - zastanawiali sie na trybunach kibice? Zaraz po wznowieniu gry, czwartego gola dla Górnika uzyskał Pałasz, a kilkanaście minut później piłkę do siatki skierował Zgutczyński, jednak minimalnie "spalił" i sędzia gola nie uznał. W sześćdziesiątej siódmej minucie kontuzji doznał lider wrocławian - Tarasiewicz, który zdecydowanie nadużywał dryblingu i po przypadkowym zderzeniu z Pałaszem, musiał opuścić plac gry. Do końca spotkania piłkarze Górnika kontrolowali grę, zmniejszając nieco tempo, ale kiedy ma się cztery bramki w zapasie... Kropkę na "i" postawił trzy minuty przed zakończeniem meczu Bogdan Gunia, bezsprzecznie obok Zgutczyńskiego, najlepszy piłkarz tego spotkania, ustalając wynik na 5:0. Dwa bezcenne punkty zostały zapisane na konto Górników, którzy zmniejszyli stratę do lidera i ustępowali Widzewowi już tylko o jedno "oczko".
Mecz ze Śląskiem rozpoczął marsz po 12 tytuł mistrzowski. Zabrzanie nie przegrali do końca rundy, notując w dwunastu spotkaniach 9 zwycięstw i 3 remisy (za zwycięstwo przyznawano wówczas 2 punkty). Po trzydziestej kolejce mieli cztery punkty przewagi na drugą w tabeli Legią. Koronę zabrzan przyozdobił dwunasty diament.
Górnik zagrał w tym spotkaniu w następującym zestawieniu:
Wandzik - Gunia, Dankowski, Matysik, Kostrzewa, Majka (Koźlik), Komornicki, Urban, Iwan (Cyroń), Zgutczyński, Pałasz.
Autor: Marek Dziechciarz

