![20141205LUK31.jpg [d7126acd2234]](https://media.gz.greengogroup.com/images/originals/01a090e5-fa56-7319-ab79-841d03aa4c33.jpg?width=960&format=webp)
Zygmunt Anczok skończył 80 lat
Zygmunt Anczok obchodzi dziś 80. urodziny. Legendarnemu obrońcy Górnika i reprezentacji Polski składamy najserdeczniejsze życzenia.
Już jako nastolatek trenował ze A-klasowa Spartą Lubliniec. Trenerzy błyskawicznie dostrzegli potencjał drzemiący w chłopcu i zdecydowali się na jego debiut w 1959 roku. A ów chłopiec miał wtedy ...13 lat. W 1962 roku pojechał do Warszawy na obóz dla najzdolniejszych juniorów w kraju. Na zajęciach wyróżniał się wielką sprawnością (trenował także czwórbój), szybkością i wytrzymałością. Nic dziwnego, że szybko awansował do grupy skupiającej tych najzdolniejszych.
Świetne początki
Wracał do Lublińca pełen wrażeń. Jeszcze nie zdążył dobrze rozpakować walizek a w domu rodzinnym zjawili się wysłannicy bytomskiej Polonii. Początki nie były łatwe, duże miasto, nowe otoczenie. Musiał liczyć na siebie. Trenował sumiennie, był coraz lepszy. Jesienią 1962 roku udanie zadebiutował w reprezentacji juniorów w meczu przeciwko reprezentacji NRD, a niespełna rok później na turnieju w Zielonej Górze zdobył z Polonią mistrzostwach Polski juniorów. Nic więc dziwnego, że jeszcze przed osiemnastymi urodzinami zadebiutował w I lidze, w meczu przeciwko warszawskiej Gwardii. Jego dobra gra nie uszła uwadze trenera reprezentacji Polski Ryszarda Koncewicza, który postawił na 19-letniego obrońcę w zwycięskim spotkaniu ze Szkocją w Glasgow. Był rok 1965." Ana" zadomowił sie w reprezentacji na 8 lat rozgrywając w niej 52 mecze. Również klubem z Bytomia odnosił duże sukcesy.
Garrincha nie pograł
W 1966 roku reprezentacja Polski pojechała na tournee do Ameryki Południowej. Gra przeciwko piłkarzom Brazylii i Argentyny, którzy przygotowywały sie właśnie do wyjazdu na Mistrzostwa Świata do Anglii, miała być dla Anczoka piłkarskim egzaminem dojrzałości. W spotkaniu rozgrywanym w Rio de Janeiro na słynnej Maracanie piłkarzy powitał ogłuszający doping 150 tysięcy kibiców. Piłkarzem, któremu w tym spotkaniu miał Anczok zagradzać drogę do bramki był legendarny skrzydłowy Garrincha, który niejednego klasowego obrońcę doprowadził swoimi dryblingami niemal do łez. Jak duże było jego zdziwienie, kiedy w pierwszym starciu Polak zabrał mu piłkę! I to zdziwienie w miarę upływu czasu zaczęło przechodzić w złość, bo rywal w żaden sposób nie dawał się nabrać na sztuczki mistrza. Garrincha utracił cały swój luz, stał sie spięty, zaczął grać niezbyt fair, zaczął odpychać Polaka, szarpać go za koszulkę. Brazylia co prawda wygrała 2:1, ale tym, który końcowy gwizdek sędziego przyjął z ulgą był Brazylijczyk. Co prawda po meczu piłkarze podali sobie ręce, ale czy uścisk dłoni Garrinchy był szczery..?
Tak, to prawda - mówi Pan Zygmunt - to był dla mnie niełatwy mecz, Garrincha, ba, zresztą wszyscy Brazylijczycy byli świetnymi piłkarzami, ale chyba z najlepszym, a ściślej najtrudniejszym przeciwnikiem zmierzyłem się trzy dni wcześniej w Belo Horizonte. Rozgrywaliśmy tam spotkanie z Brazylią "B". To byli piłkarze bezpośredniego zaplecza pierwszej reprezentacji. Szalenie zmotywowani, chcieli pokazać, że są lepsi od tych z pierwszej i również zasługują na to aby zagrać na angielskich mistrzostwach. Garrincha to był piłkarz, który już kończył karierę, był po 30-stce a w zespole "B" na prawej stronie grał Jairzinho, prawie mój rówieśnik. To była klasa! Niezwykle szybki, doskonały technicznie, obunożny - słowem zmora dla obrońcy. Oj, namęczyłem się z nim, ale chyba z tego pojedynku nie wyszedłem jako przegrany.
Niespełna miesiąc po tych spotkaniach reprezentacja Polski przegrała w Chorzowie z Anglią 0:1. Anczok uważa ten występ za najlepszy w całej swojej karierze. W ogóle rok 1966 zakończył się dla niego bardzo pomyślnie - został wybrany piłkarzem roku w pierwszym plebiscycie katowickiego „Sportu". Nie miał wówczas jeszcze skończonych 21 lat...
Zagrał z najlepszymi
W 1971 roku otrzymał razem z Lubańskim powołanie do zespołu...reszty świata, który miał rozegrać z zespołem Dynama Moskwa mecz pożegnalny wybitnego bramkarza - Lwa Jaszyna. Przed wyjazdem - wspominał po latach - pojechaliśmy razem z Włodkiem do Warszawy i w siedzibie PZPN-u wręczono nam prezent dla Jaszina. W Moskwie wystąpiliśmy obaj w II połowie spotkania. Po ostatnim gwizdku sędziego złapałem piłkę i mam ją do dziś. Po meczu wyczyściłem ją i zebrałem autografy od wszystkich.
Wieczorem piłkarze zebrali się na imprezie w hotelu " Rossija" i pod koniec kolacji każdy wręczał prezent bohaterowi wieczoru. Szliśmy za Węgrem który wręczył Jaszynowi oryginalną miniaturkę węgierskiego parlamentu wykonaną z kości słoniowej, Facchetti dał gustowny sygnet, a my... zestaw sztućców w czarnej walizeczce. Dali go nam przed wylotem , opakowany w szary papier. Poczuliśmy sie trochę nieswojo, więc zerwaliśmy ten nieszczęsny papier i wręczyliśmy upominek bohaterowi wieczoru. Co prawda Jaszin nie zwracał uwagi na rodzaj upominków, ale jednak poczuliśmy sie jak ubodzy krewni na przyjęciu... Pierwszy raz uczestniliśmy w takiej uroczystości - tak wlaśnie te ważne chwile zapamiętał pan Zygmunt. I właśnie do niego niemiecki trener Helmut Schön, obecny na Łużnikach, dwa tygodnie po meczu wysłał list gratulacyjny, w którym stwierdził, że widziałby Polaka w jednym z klubów ligi niemieckiej.
Kierunek Zabrze
Z Włodkiem Lubańskim znaliśmy sie od czasów wspólnych występów w reprezentacji juniorów - wspomina Anczok - A ten wspólny pobyt w Moskwie bardzo nas zbliżył. To pod wpływem rozmów z Lubańskim doszedłem do wniosku, ze powinienem zmienić klub. W sezonie 1971/72 już z Górnikiem zdobył mistrzostwo i Puchar Polski. Jednak coraz częściej dawały znać o sobie drobne urazy, mocno eksploatowany od najmłodszych lat organizm zaczął sie buntować. Zakwalifikował sie jednak do reprezentacji wyjeżdżającej na Olimpiadę, rozegrał tam wszystkie siedem spotkań i wrócił z imprezy ze złotym medalem. To był dla niego bardzo udany turniej. Niestety, ale także ostatni w karierze.
To na początku wyglądało niegroźnie - wspominał Anczok – Jeszcze przed igrzyskami poczułem takie niewielkie ukłucie. Kość już była pęknięta. Potem, już w sezonie, zbliżał się mecz z Polonią Bytom, a ja nie bardzo chciałem grać przeciwko byłym partnerom. Poszedłem do lekarza, a nuż coś wykryje i będę mógł odpuścić, a on zdiagnozował pęknięcie kości śródstopia. Czekała mnie dłuższa przerwa. Ale nadszedł mecz pucharowy z Dynamem Kijów. Miałem nie jechać, ale nie miał kto zastąpić kontuzjowanego Oślizły, więc na prośbę działaczy wykonano zdjęcie rentgenowskie stopy i stwierdzono, że co prawda kość sie jeszcze do końca nie zrosła ale była „zalana". Zagrałem. A potem jeszcze z ŁKS-em w lidze i rewanż z Dynamem. I... kość się złamała – mówił.
Niestety, rok 1973 zaczął potęgować problemy zdrowotne. Uraz stopy - pęknięcie piątej kości śródstopia nie dawał się w pełni zaleczyć. 28 marca Anczok rozegrał swój niestety ostatni mecz w reprezentacji, w Cardiff z Walią. Na boisko wrócił dopiero za rok. Rozegrał kilkanaście spotkań i historia się powtórzyła. Dzisiaj leczenie takiej kontuzji nie stanowiłoby żadnego problemu.
Przedwczesny koniec pięknej kariery
Na początku 1974 roku jeszcze trenował, myślał o powrocie. Zaczął grać w sparingach, przyszła wiosna, płyta była już zielona, ale zmrożona. Trener Górski powołał kadrę 33 zawodników. Przyjechał na mecz Górnika z Odrą Opole. Tuż przed końcem pierwszej połowy przyszedł taki ruch, lewa noga, prawa, oparłem się na prawej i poczułem, że strzeliło wszystko - wspomina - Najpierw pomyślałem, że już po mundialu, a za moment doszło do mnie, że to chyba w ogóle koniec.
Jesienią 1974 roku zakończył karierę. Nie zastanawiał się nad przyszłością. Razem z Hubertem Kostką zaczął tworzyć w Zabrzu znanego dzisiaj Gwarka. Niestety, oszczędności zaczęły topnieć i wyjechał do USA. Grał jeszcze w półamatorskim zespole Chicago Katz pracując jednocześnie na budowie. Potem, dzięki ogłoszeniu w gazecie trafił do zespołu Skeid Oslo. Z Norwegii było bliżej do domu niż ze Stanów. Zaryzykował. Przyjechała do niego żona z dziećmi. W Norwegii mógł zostać na stałe, ale nie chciał. Był zbyt związany z rodziną.
Wrócił do Lublińca i został trenerem miejscowej Sparty. W międzyczasie pracował w zakładach energetycznych, a potem jeździł na taksówce, później był właścicielem sklepu spożywczego, ale z czasem coraz bardziej uciążliwa stawała się kontuzja biodra, która po prostu utrudniała życie.
Emerytura
Dzięki prezesowi PKOl Stefanowi Paszczykowi zrobiono mu operację w Siemianowicach Śląskich, a kiedy Aleksander Kwaśniewski kończył prezydenturę, w jednej z ostatnich decyzji postanowił uhonorować medalistów olimpijskich. Anczok dostał 2,5 tys. złotych brutto emerytury. Dla jednych były to małe pieniądze, dla innych, takich jak on, którym przyszło zbyt wcześnie zakończyć kariery, to było dużo. Odzyskał równowagę i spokój. Był radnym w Lublińcu. A obecnie jest już emerytem.
Zygmunt Anczok był obrońcą doskonałym, grającym na wskroś nowocześnie, nie trzymał się kurczowo swojej pozycji, ale poruszał się na całej długości boiska, często włączając się do akcji zaczepnych zespołu. Szybki, wytrzymały, dysponował świetnym przyspieszeniem. Jego zrywy pod pole karne przeciwnika były w tym czasie czymś niespotykanym. Nie było więc przypadkiem powołanie do reprezentacji reszty świata. Zawsze powtarzał, że wzoruje się na Giacinto Facchettim, legendarnym obrońcy Interu, z którym zresztą zagrał w Moskwie. I trzeba obiektywnie stwierdzić, że w latach swojej gry Zygmunt Anczok obok Włocha Facchettiego i może jeszcze Niemca Hoettgesa należał do najlepszych lewych obrońców na świecie.
Z okazji urodzin składamy życzenia zdrowia, szczęścia oraz wszelkiej pomyślności.
Autor: Marek Dziechciarz

